poniedziałek, 27 października 2014

DENMARK

 
 
 
 
Wspominałam już, że uwielbiam podróżować? Jeżeli nie, albo kogoś coś ominęło, to ogłaszam wszem i wobec, że podróże małe i duże, to moje hobby. Zwiedzam świat na wszystkie możliwe sposoby. Kiedy mam tylko możliwość pakuje swoje manatki, zabieram paszport i wyruszam w drogę ku nowym doznaniom i przeżyciom. Poznawanie nowych kultur, ludzi, tradycji i życia "od kuchni" w danym kraju to coś, co jest najlepszą rzeczą pod Słońcem! Niezapomniane chwile, wspomnienia, momenty uwiecznione na fotografiach, czas spędzany na pełnych obrotach.
Kolejnym miejsce, jakie mogę odhaczyć na mapie jest Dania. Skandynawia była moim wielkim marzeniem od dawna, chociaż przyznać muszę, że niekoniecznie jestem fanką panującej tam pogody w październiku. Zimne poranki, popołudnia i wieczory, o nocy nie wspominając, nie są najlepszą atrakcją jaką możemy sobie zapewnić. Bez kurtki zimowej, szalika i czapki nie ma mowy o przeżyciu! Uczucie zimna potęgowane przez chłodny wiatr, nie jest najprzyjemniejszą rzeczą jaka mnie tam spotkała, ale co zrobić? Trzeba wszystko przetrwać :)
Dzisiaj przychodzę do Was z krótką relacją z pobytu nad morzem. Pojęcie "morza" pewnie większości z nas kojarzy się w porą wakacyjną, palmami, ciepłym piaskiem i turkusowymi falami, w których możemy się schłodzić w chwilach, kiedy termometry pokazują +30 stopni. A jednak tym razem, jeżeli mówimy o Danii, musicie sobie wyobrazić nieco inne temperatury powietrza, tak mniej więcej 5 stopni i dołożyć do tego podmuchy wiatru, które walczą z Tobą, próbując przewrócić Cię, albo przynajmniej nie dające Ci zrobić swobodnego kroku do przodu. Pogoda marzenie, bo nie padał deszcz. Tyle dobrze! Nie wyobrażam sobie, co by było, gdyby jednak zachciało by mu się spaść i zmoczyć nas całkowicie. 
Plaża, jak widać szeroka, długa, końca nie widać... ani ludzi. Bo nikt normalny o tej porze nie wychodzi z domu i nie poddaje się działaniu tak ciężkich warunków. A szczerze mówiąc Danię o tej porze roku odwiedza mała ilość turystów. Miasteczka są opuszczone, puste, ciche i spokojne. Można się nieźle tutaj wyciszyć.
Nie przedłużając, zapraszam do obejrzenia tych kilku zdjęć.
 
A jak to się stało, że wylądowałam pewnego dnia w Hojer? Co mnie tam sprowadziło? Jakie wyniosłam z tego doświadczenia?
 
Dowiecie się już w następnym poście...
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Siły natury wygrywały ze mną za każdym razem.
 
 
 
 
 
 

czwartek, 14 sierpnia 2014

Come and taste a little bit of Greece

 


  Drugą połowę lipca spędziłam w pięknej, gorącej Grecji razem z moimi przyjaciółmi. Nie była to już moja pierwsza wizyta w tym państwie. Wcześniej dwa razy gościłam na wyspach- Kosie i największej greckiej wyspie, Krecie. W tym roku przyszedł czas na zwiedzanie lądu.
  Nei Pori, w którym zatrzymaliśmy się na czas naszego pobytu, to jedna z mniejszych miejscowości turystycznych, położona na Riwierze Olimpijskiej, pomiędzy górami i morzem. Plaże są długie, szerokie i czyste (wzdłuż nich rozciąga się długa promenada, przy której znajduje się mnóstwo tawern i sklepików), a miasto ciche i spokojne. Wieczorem, spacerując brzegiem, można podziwiać słońce zachodzące za górą Olimp. W porównaniu do Lloret de Mar, w którym byłam kilka tygodni wcześniej (relacja tutaj), grecki kurort jest typowo wypoczynkowy, panuje tutaj wyjątkowo kameralna atmosfera. Próżno szukać w mieście dyskotek czy klubów. Funkcjonuje jedynie małe Wesołe Miasteczko, które jest jedną z większych rozrywek w Nei Pori.
  Czas przeleciał wyjątkowo szybko, o nudzie nie było nawet mowy, słońce grzało niesamowicie, a ulgę w ciężkich chwilach przynosiły kąpiele w morzu. Nie przedłużając; Po Grecji zostają już tylko piękne wspomnienia, a Was zapraszam teraz do obejrzenia krótkiej relacji.